Gary Brooker (1945-2022)


Aż trudno w to uwierzyć. Człowiek myślał, że taka chwila nigdy nie nastąpi, że nie ma prawa się wydarzyć i nie może. Ale stało się – 19 lutego 2022 r. Gary Brooker dołączył do tych, którzy patrzą na nas z góry. Zmarł w swojej posiadłości pod Londynem, przegrywając walkę z nowotworem jelit. Teraz znajduje się gdzieś “poza tymi rzeczami” (tak z łaciny tłumaczy się nazwę zespołu). Zresztą cała trasa koncertowa na ten cholerny rok została jakiś czas temu odwołana. Nawet wybierałem się do Berlina na kolejny magiczny koncert…


Tak więc po pięćdziesięciu pięciu latach istnienia brytyjska grupa Procol Harum przestała istnieć. Nikt chyba nie ma złudzeń, że bez Brookera ten zespół nie ma prawa wystąpić na żadnej scenie lub zagrać w studio. Miał on tak charakterystyczny wokal, że angielski pisarz Douglas Adams powiedział kiedyś: “Ludzie nie doceniają jaki posiadają klejnot”. To prawda. Ten lekko zachrypnięty głos w tonacji blue przetrwał próbę czasu i po pięciu dekadach aktywności nic nie stracił ze swojej barwy i ostrości. Po ostatnim koncercie w Polsce (Łódź, Atlas Arena, 2018) słyszałem rozbrzmiewające tu i ówdzie zachwyty wychodzącej z hali publiczności nad formą wokalną lidera Procol Harum. A przecież już wtedy wyglądał dość staro. Ale ten wokal… Prawdziwy klejnot wśród rockowych wokalistów! Chyba tak musiało być, skoro tak wielu znakomitych artystów ze świata muzyki składa mu hołd w Sieci, a Billy Joel już 26 lutego br. zaśpiewał podczas swojego koncertu w Allegiant Arena „A Whiter Shade of Pale”.


Oczywiście, to jeszcze nie koniec tego legendarnego zespołu. Wierzę, iż muzyka Procol Harum będzie odtwarzana za dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt lat. I chociaż w mediach śmierć Brookera przeszła bez echa (być może z powodu działań wojennych za naszą wschodnią granicą), a przeciętnego odbiorcę bardziej interesuje zakup nowego grzebienia przez Zenona Kurskiego czy kolejna jazda po pijaku rodzimej gwiazdy pop, to jednak dobra muzyka musi się obronić sama. Przeglądając prasowe nekrologii o śmierci Brookera, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wszystkie media powielały ten sam tekst, a prawdziwego wielbiciela Procol Harum musiała wręcz irytować wzmianka o występach Brookera z Claptonem, Wymanem czy Harrisonem, występach w zespole Ringo Starra lub udziale w filmie „Evita”. Coż to wszystko znaczy wobec stworzenia przynajmniej kilku arcydzieł muzycznych („A Whiter Shade of Pale”, „Conquistador”, „A Salty Dog”), na czele z genialnym albumem „Live in Concert with the Edmonton Symphony Orchestra”? Ten koncert  nie ma słabych punktów, to dzieło skończone (do tego bez tego najsłynniejszego). Procol Harum może nie należał do zespołów topowych, lecz pamiętam dobrze grudzień 2001 r. i przygotowania do koncertu w Sali Kongresowej. Zapytałem promotora: dlaczego bilety są tak samo drogie, jak na Marka Knopflera czy Joe Cockera? Odpowiedział bez wahania: „Procol Harum to wyjątkowy zespół. Jeśli ktoś chce go zobaczyć, musi zapłacić. Jeśli nie, trudno.”


Pierwszy raz usłyszałem ten zespół, nie wiedząc, kogo słucham. Było to na koloniach. Wówczas “Bielszy odcień bieli” królował na wszystkich dyskotekach i klubach świata. Bez tego utworu nie mogła się odbyć żadna “prywatka”. Potem w 1977 r. zakupiłem w empiku polskie wydanie “Procol’s Ninth”. Moją uwagę przyciągnęła niezbyt atrakcyjna okładka, a jakiś głos podszeptywał: “Kup to”. Tak więc pierwszym świadomie wysłuchanym utworem był “Pandora’s Box”, otwierający ten album. Po kilku miesiącach w radiowej “Trójce” natknąłem się na “A Salty Dog” i tytułowy utwór z ich dziesiątego albumu – “Something Magic”. Nie było mnie w Sali Kongresowej w lutym 1976 r. na ich legendarnym koncercie w ramach trasy koncertowej po Europie (aż osiem spotkań z polską publicznością). W tamtym okresie – a więc 45 lat temu – nawet nie śniłem, że zobaczę ich na żywo. A jednak! Gary Brooker reaktywował zespół pod koniec lat 90. ubiegłego wieku, nagrywając znakomity album “The Prodigal Stranger” (już bez nieżyjącego wtedy perkusisty B.J. Wilsona). 8 lutego 1992 r. po raz pierwszy usłyszałem Procol Harum na żywo. Następnego dnia zagrali w pękającej w szwach Sali Kongresowej chyba najlepszy koncert rockowy, na jakim byłem, po którym nieżyjący już Tomasz Beksiński napisał dla “Tylko Rock”: “Takie chwile zdarzają się raz na milion lat”. Potem zaliczyłem wiele koncertów Procol Harum – w Polsce, w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Pomagałem w organizacji kilku z nich. To ja uratowałem osobisty bagaż Brookera, który zaginął na lotnisku w Pyrzowicach i wręczyłem go osobiście właścicielowi w katowickim Spodku. Nawet moim osobistym ręcznikiem Brooker wycierał swoje spocone czoło w Sali Kongresowej w Warszawie (14 grudnia 2001 r.), gdyż organizator zapomniał o kilku drobiazgach. Takich historyjek znalazłoby się więcej. Nie mają już żadnego znaczenia, oprócz sentymentalnych reminiscencji.


Na szczęście, muzyka nie umiera wraz ze śmiercią jej twórców. Teraz Wystarczy dobry sprzęt hi-fi, aby lepiej dotrzeć do jej głębin. Oczywiście, słucham także innych wykonawców. Niestety, wielu z nich znajduje się już na liście oczekujących na podróż na drugą stronę. Tak to już będzie. Zresztą, w ostatnich latach odeszło kilkunastu wspaniałych artystów. I pal licho z ich popularnością. Liczy się sztuka. I człowiek. A jakim był Gary Brooker?


Nie znałem go dobrze, więc oddajmy głos pozostałych członkom zespołu: "Rozświetlał każdy pokój, do którego wszedł, a jego życzliwość dla rzeszy fanów z całego świata była legendarna. Wyróżniał się indywidualnością, uczciwością, a czasami upartą ekscentrycznością. Jego zjadliwy dowcip i słabość do tego, co absurdalne uczyniły z niego bezcennego gawędziarza".


Dodajmy jeszcze, że w 2003 r. roku z nadania brytyjskiej królowej Gary Brooker został kawalerem Orderu Imperium Brytyjskiego — za wieloletnią działalność charytatywną na rzecz m. in. walki z chorobami (nomen omen) nowotworowymi. A ostatnimi nagranymi w studio przez Procol Harum utworami (maj 2021 r.) były przejmujący „Missing Persons” (Alive Forever)” i „The War is not Healthy”, w warstwie tekstowej traktujące o wojnie, śmierci i cierpieniu (autorstwa Keitha Reida). A muzycznie? To po prostu, Procol Harum pod dowództwem Gary’ego Brookera.


Ech, ponad pół wieku rozpieszczał nas ten zespół. Sporo. A mimo to wprost nie chce się wierzyć, że już nigdy nie zobaczymy siedzącego za fortepianem Brookera. Czuję się tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca lub wykradł z mojej duszy szkatułkę z najcenniejszym brylantem. Shine On!

 

Gary Brooker – gwiazda Festiwalu Interwizji w Sopocie, 1978