fragment powieści

 
 

Fragment powieści Bożek templariuszy



Rozdział I


To miał być ostatni egzamin przed upragnionymi wakacjami. Ten jeden jedyny stojący na drodze do zaliczenia studiów i przystąpienia do magisterium. Egzamin ze statystyki z drugiego roku! Cztery podejścia. Za każdym razem niedostateczny. Rok temu groziło mi nawet skreślenie z listy studentów Uniwersytetu Warszawskiego, właśnie z powodu tej cholernej statystyki. Miałem nawet “dziekankę” i jeden “warunek”. Jakoś potem udało mi się dotrwać do najważniejszych przedmiotów, to jest antropologii społecznej i historii myśli społecznej. Zdałem je zresztą celująco w połowie czerwca! Dokładnie tydzień temu.

Została tylko ona: statystyka! Sta-ty-sty-ka!

I właśnie gdzieś pod koniec owego pechowego miesiąca ten stary dziwak, profesor Wieczorkiewicz, zaprosił mnie do swojego staroświecko urządzonego gabinetu w pracowni Zakładu Statystyki i Socjologii Matematycznej na ulicy Karowej. To było nasze piąte i – jak mniemałem – ostatnie spotkanie.

Czułem, że jestem nieźle przygotowany. Niestety, wyłożyłem się na tak zwanej korelacji rangowej, myląc współczynnik Kendalla ze współczynnikiem Goodmana-Kruskala. Jezu, nigdy nie lubiłem statystyki. I profesora Wieczorkiewicza! Nienawidziłem tego ubranego w znoszony garnitur staruszka o twarzy surowej, acz szlachetnej, który drażnił mnie swoją polszczyzną. Śnił mi się po nocach ten człowiek. Jego twarz widziałem nawet w odbiciu lustra podczas porannej toalety. Prześladowała mnie czupryna jego siwych włosów, poorane zmarszczkami czoło, brązowe, inteligentne oczy spoglądające na mnie zza grubych, leczniczych szkieł oraz obowiązkowa mucha pod szyją i dobre cygaro, które częściej ssał niż palił. Żartowano z niego, że całą pensję wydaje na kubańskie wyroby, śpi z cygarem wetkniętym w usta, obowiązkowo ubrany w stary, granatowy garnitur z kamizelką. Co jeszcze mogłem powiedzieć o moim „prześladowcy”? Kiedy szedł uniwersytecką alejką, lekko utykając i podpierając się palisandrową laseczką, nie wzbudzał w studentach nadmiernego szacunku, lecz przeważnie niemiłe wspomnienia. Nazywano go „Panem Kolegą”, bo zwykł zwracać się do studentów per „panie kolego”.

Któż bardziej ode mnie go nienawidził? O, wy szczęściarze, którzy zaliczyliście statystykę!

– I co ja mam z panem zrobić, kolego Dorecki? – profesor popatrzył mi prosto w oczy.

Jego twarz pociemniała od autentycznej troski. W przypływie wielkiej nadziei pomyślałem, że może mi zaliczy, wziąwszy pod uwagę moje dobre stopnie z innych przedmiotów.

– Przygotowałem się – bąknąłem. – Uczyłem się naprawdę dużo.

– Wierzę, tylko że ja zwykłem oceniać wiedzę studentów za pomocą testu, a nie wiary. Pan nie ma pojęcia o korelacji. Przykro mi. Dwója, kolego.

– Jeśli nie zaliczę statystyki, leżę – brałem go na litość. – Ten ostatni egzamin jest mi potrzebny do magisterium.

Profesor Wieczorkiewicz wyjął z szuflady starego biurka cygaro i ssał je w milczeniu. Zastanawiał się nad moimi słowami. A może trapiło go coś innego?

Wydawało mi się, że kątem oka bacznie mnie obserwuje.

– Niech pan wpadnie do mnie jutro – zaproponował nieoczekiwanie.

– Będzie drugi test? – ucieszyłem się.

– Proszę przyjść.


*

Przygotowywałem się do egzaminu cały wieczór, wypiwszy co najmniej siedem kaw. Lecz kiedy następnego dnia zjawiłem się w tym samym mrocznym gabinecie, spotkała mnie niespodzianka, która odmieniła nie tylko moją akademicką karierę, ale przede wszystkim – nie boję się dziś użyć tego sformułowania – całe moje życie.

Był wtedy piątek ostatniego dnia lipca. Upał rozpuszczał nie tylko asfaltową powierzchnię ulic, ale i chodnikowe płyty. Pot lał się strużkami po całym moim ciele. Siedzibę uczelni też dotknął wakacyjny duch – ospały portier, małomówni urzędnicy i wykładowcy, opustoszałe schody i cisza dusznych korytarzy. „Odbębnię ten jeden egzamin – myślałem wchodząc do gabinetu profesora Wieczorkiewicza – i żegnaj, Warszawo, na całe trzy tygodnie!”

Zamknąłem drzwi i powitałem profesora.

– A, witam kolegę – mruknął na mój widok. – Siadajcie!

Krzątał się przy biurku i porządkował stos papierów, a kartki głośno furkotały w przeciągu wytwarzanym przez zużyty wiatrak produkcji krajowej. Pomimo gorąca nie zdjął marynarki, a pod szyją miał zawiązaną precyzyjnie muchę. Co za dziwak!

Najgorsze, że unikał mojego wzroku, a to było złym znakiem. Coś się święciło.

– To aż tak źle, panie profesorze? – zapytałem, siadając na krześle.

– Nie rozumiem – zmarszczył czoło.

Zza leczniczych szkieł patrzyła na mnie para inteligentnych, choć zmęczonych upałem oczu.

– Podobno, kiedy pan profesor proponuje krzesło studentom – wyjaśniłem i uśmiechnąłem się ponuro – to później nie są oni zadowoleni.

– Może nie byli dobrze przygotowani?

Szybkim i wymownym ruchem ręki wskazał butlę wody mineralnej stojącą na stoliczku obok biurka, ale odmówiłem. Wreszcie profesor usiadł po drugiej stronie biurka. Zdjął na moment okulary, przetarł je czystą chusteczką i z powrotem nałożył na nos.

– Siadajcie, kolego – zaproponował.

Co miałem robić? Usiadłem. I już po chwili patrzyliśmy na siebie oddzieleni olbrzymi biurkiem. On jednak nie wyjął żadnego nowego testu, a położył przed sobą czerwoną teczkę. Studiował ją przez chwilę, a ja posłusznie milczałem.

– Damian Dorecki – wreszcie się odezwał. – Wzorowy student. Piątki z nauk socjologicznych, antropologii i historii. Brawo! Podobno posiadacie, kolego, talent dydaktyczny i z tego powodu dziekan proponował wam zostanie na uczelni w charakterze wykładowcy. Pięknie, wszystko pięknie, gdyby nie statystyka. Pięć oblanych podejść. Jak chcieliście zostać wykładowcą uniwersyteckim bez znajomości statystyki? Czy wiecie, że według ojca Bocheńskiego “mądrość jest przyjaciółką statystyki?”

“Ciekawe ujęcie przedmiotu” – pomyślałem. I nagle przypomniałem sobie, co o statystyce powiedział niegdyś George Bernard Shaw:


Jeśli mój sąsiad codziennie bije swoją żonę, ja zaś nie biję jej nigdy, to w świetle statystyki obaj bijemy je co drugi dzień.


Oczywiście, nie śmiałem tego cytatu powtórzyć przy profesorze Wieczorkiewiczu. Na wszelki wypadek wolałem nic nie mówić. Tylko wbiłem swój zagubiony wzrok w blat biurka, jak jakiś przygłup. Sam nie wiedziałem, skąd brała się ta moja niemoc w stosunku do statystyki? Skąd ten opór przed opanowaniem podstawowych metod opisu i wnioskowania statystycznego? Jak już wiecie, nie byłem złym studentem, miałem naprawdę świetną pamięć, ale ten jeden przedmiot był moją zmorą, a ja nawet nie wiedziałem, dlaczego. Moja rodzina nigdy nie była uzdolniona do przedmiotów ścisłych, może to kwestia dziedziczenia.

– Słyszałem, że jesteście aktywnym członkiem studenckiego kółka naukowego – mówił dalej patrząc w moją teczkę. – Artykuły piszecie. O sztuce, szczególnie o malarstwie. Skąd te zainteresowania?

– Moja mama kończyła historię sztuki. Ojciec był krytykiem.

– A czy gracie dobrze w szachy?

– Ja? – zdziwiłem się. – Dobrze? Hm... cóż, gram niezbyt często. Prawdę powiedziawszy, bardzo rzadko.

Zerknął na mnie badawczo.

– No dobra, w ogóle – dodałem.

– Szkoda. Szachy to królewska gra. Rozwija myślenie. Polecam. Posłuchajcie, kolego Dorecki...

Zrobił teatralną pauzę i wyjął z szuflady biurka cygaro. Obracał je w palcach.

– Nie mogę zaliczyć wam statystyki – kontynuował. – Jednakże dam wam jeszcze jedną szansę.  Ostatnią. Zrobicie coś dla mnie. Pojedziecie gdzieś w wakacje... odszukać coś cennego. Tak jest, pojedziecie.

– Nie rozumiem – ogarnęło mnie zdumienie. – Podczas wakacji! Ja? Mam gdzieś wyjechać? Po cenną rzecz?

– Tak – przytaknął.

Profesor swoim zwyczajem zaczął ssać cygaro.

– Z tym, że nie wiadomo, czy jakikolwiek skarb istnieje.

– Skarb? – wybałuszyłem oczy.

– Widzicie, kolego, to tylko podejrzenia, choć oparte na wielce uzasadnionych przesłankach.

Nie podobała mi się ta propozycja. Nie rozumiałem, do czego ten człowiek tak naprawdę zmierza. Profesor Wieczorkiewicz na tropie skarbu! Już miałem zamiar uszczypnąć się w policzek, czy aby nie śnię.

Zamiast tego, zapytałem:

– A co z zaliczeniem?

– Pański wyjazd potraktuję jako kolejne podejście. To będzie test, powiedzmy, praktyczny.

– No, a gdzie jest to miejsce? – popatrzyłem na niego porażony dziwaczną propozycją.

– Koło Piotrkowa Trybunalskiego.

Nic z tego nie rozumiałem. Wstałem. Nalałem sobie wody do szklanki. Wypiłem i z powrotem usiadłem. Nie mogłem się uspokoić. Idąc do tego gabinetu miałem w oczach nowy jacht bujający się na jeziornej fali, roześmiane twarze moich przyjaciół, porośnięte trzciną brzegi mazurskie, światło nocnych ognisk i plusk wielkiej ryby. A przede wszystkim chciałem widzieć w indeksie upragnioną “trójkę”!

– A konkretnie gdzie? – zapytałem.

– Zamek w Bykach. Na przedmieściach Piotrkowa Trybunalskiego.

– Kraina wprost wymarzona na spędzenie wakacji – mruknąłem zawiedziony pod nosem.

– Słucham?

– Planowałem wyjechać na Mazury. Na cały miesiąc.

Tym razem profesor wstał i poszedł do stoliczka z wodą mineralną. Nalał sobie pół szklaneczki, trochę z niej upił i wrócił za biurko ze szklanką w dłoni.

– Widzicie, kolego – zaczął tajemniczo i znowu zaczął ssać cygaro – w życiu planujemy różne rzeczy. Wy, na przykład, planowaliście do końca czerwca zaliczyć statystykę, ale nic z tego nie wyszło. Prawda? A sprawa jest tego typu, że macie ogromną szansę sprawdzić się w praktycznym działaniu.

– Jako statystyk?

– Nie, jako ktoś w rodzaju... – szukał w myślach właściwego słowa – ... detektywa.

– Detektywa? – z wrażenia wyprostowałem się na krześle.

– Tak. Dobry statystyk jest także dobrym detektywem. Mam wam to udowodnić?

– Nie, nie – uniosłem ręce w geście pojednania. – Wierzę, panu, profesorze! Tylko dlaczego mam spędzić wakacje pod Piotrkowem Trybunalskim? Ja wciąż nie rozumiem, co to ma wspólnego z moim egzaminem.

– A chcecie go zaliczyć?

– Tak.

– No to musicie tam pojechać. Za mnie. I to załatwić. Bo ja, niestety, nie mogę. Chciałbym, ale muszę wyjechać za granicę. Z moich planów także wyszły nici. Dlatego wy, kolego Dorecki, pojedziecie za mnie do Byków. Zgłosicie się u dyrektora Agencji Rozwoju Rolnictwa i zamieszkacie w tamtejszym zamku w charakterze konserwatora zabytków.

– Jakiego znowu konserwatora? – uniosłem się. Tego było już za wiele. – Co ja mam wspólnego z agencją rolniczą?! Z rolnictwem łączy mnie wyłącznie konsumpcja ziemniaka. Panie profesorze, ja kończę socjologię na uniwersytecie, nie rolnictwo!

– Jeszcze nie skończyliście – popatrzył na mnie z kpiącym uśmiechem. – Brakuje wam jednego egzaminu. Prawda?

To był szantaż. Ten stary dziwak dawał do zrozumienia, że nie zaliczy mi statystyki, jeśli nie pojadę do wskazanego przez niego miejsca w charakterze szpicla. Kim on właściwie był? Czy przypadkiem nie zwariował?

“Oho, gorzej! – pomyślałem. – Zdaje się, że on czyta w moich myślach”.

– Nie patrzcie tak na mnie, panie kolego – odezwał się. – Nie zwariowałem. Jestem po prostu detektywem amatorem i rozwiązuję w wolnych chwilach różne zagadki. Zaczynałem od zwykłych szarad, rebusów, ale od pewnego czasu zainteresowały mnie tajemnice, symbolika, historia. Już nawet liczby nie są w stanie mnie tak bardzo zaciekawić, jak zawiłe dzieje ludzkiego rodu. Ale dajcie mi wreszcie dokończyć! Otóż w zamku, o którym już wspomniałem, mieści się teraz siedziba Agencji. A tamtejszy dyrektor jest powiadomiony o waszym przyjeździe. Wie, że studiujecie socjologię, kolego, i przybywacie na moje polecenie w sprawie „Bafometa”, bo tak ochrzciłem moją misję.

– Bafomet – powtórzyłem.

– Musiałem mu powiedzieć, bo tak nakazują elementarne zasady uczciwości – kontynuował, nie zważając na moje słowa. – Oficjalnie będziecie tam w sprawie planowanej po wakacjach restauracji gotyckiego zamku, więc nikt nie powinien nabrać podejrzeń. Załatwiłem, co trzeba z Wojewódzkim Urzędem Konserwacji Zabytków w Łodzi, bo mam tam znajomego. On kończył nasz uniwersytet. Jak widzicie, znajomości się przydają.

Profesor położył na stole jakieś papiery wyjęte z czerwonej teczki.

– Będę pańskim szpiegiem? – mruknąłem.

– „Detektyw” ładniej brzmi. Przede wszystkim nikt nie może znać prawdziwego powodu, dla którego przybywacie na zamek, kolego Dorecki. To ważne. W dokumentach znajdziecie wszystko o tym obiekcie.

Przysunął teczkę bliżej mnie.

– Wykujcie na blachę te akta i udawajcie troskliwego konserwatora, dla którego los zabytku jest sprawą najważniejszą pod słońcem – dodał. – Wiem, że macie genialną pamięć. Tylko nie przesadźcie z tą grą. Tak się dobrze składa, że jak na swój wiek wyglądacie poważnie. Ta broda was postarza o kilka lat. Wszyscy powinni uwierzyć, że jesteście świeżo upieczonym konserwatorem.

Ach, to dlatego profesor tak mi się wczoraj przyglądał po niezdanym egzaminie. Oceniał, na ile nadaję się do wykonania tej misji. I rzeczywiście miał trochę racji. Po odejściu mojej narzeczonej zapuściłem brodę i jakbym postarzał się momentalnie o kilka lat. Naprawę świetnie się do tej roli nadawałem.

– Mniemam też – mówił dalej profesor – że stan zamku naprawdę was zainteresuje i wypełnicie zadania prawdziwego konserwatora, co będzie dla mojego kolegi z Łodzi formą zapłaty za przyzwolenie na tę mistyfikację. Ale przede wszystkim musicie dla mnie ustalić, czy któryś z pracowników Agencji nie wykrył przypadkiem skrytki ze skarbem.

Zaniemówiłem, gdyż początkowa złość ustąpiła teraz miejsca ciekawości, mimo że kompletnie nie wiedziałem, w co zostałem wplątany.   Skarb! Temu uczonemu mądrali chodziło o skarb! W tym momencie byłem już pewny, że profesor zdziecinniał na starość.

–  Wiecie, kolego, kto to jest Bafomet? – zapytał łagodnie, nie dając złapać mi oddechu.

– Jakieś antychrześcijańskie bóstwo?

– Brawo!

– Podobno oddawali mu cześć templariusze.

– Tak, świetnie! – ucieszył się z odpowiedzi i oczy mu zabłysły jak dzieciakowi. – Ksiądz profesor A. Zwoliński twierdzi, że „Bafomet” to akrostych. Przedstawiany jest najczęściej jako kozioł z wielkimi rogami, z kobiecą piersią, skrzyżowanymi kopytami i skrzydłami u pleców. Siedzi on na globie, na łbie zaś ma gwiazdę pięcioramienną. Podobno posąg Bafometa został dany templariuszom przez samego „Wielkiego Budowniczego Świata”. Potem trafił do masonów. Tak twierdzą podania. A jak wiemy z doświadczenia, nie wolno lekceważyć ani legend, ani mitów. Niektórzy głosili, że Rycerze Świątyni oddawali cześć właśnie Bafometowi. Bożek rzeczywiście miał wygląd kozła, a może kota, na którego tyłku templariusze składali ponoć „obleśne pocałunki”. Najczęściej jednak Bafometa wyobrażano sobie jako odciętą głowę. Gdy na początku XIV wieku niedobitki templariuszy uciekły po rozbiciu zakonu do Szkocji, zabrały ze sobą ulanego ze złota „bożka”. Kto wie, jak to było naprawdę? Ale ponoć przechowywał go w Charleston w Południowej Karolinie Albert Pike, głowa amerykańskiej masonerii.

– Tylko co ma on wspólnego z Bykami? – zapytałem wprost.

– Pół roku temu do jednego z łódzkich antykwariatów zgłosił się młody człowiek z dziwnym przedmiotem. Ze srebrnym talerzem. Na spodzie miał wygrawerowany symbol Bafometa z pięcioramienną gwiazdą na łbie oraz napis: „Ancient Accepted Scottish Rite, Southern Jurisdiction (U.S.)”. Wyobraźcie sobie, kolego, że po dwóch tygodniach ten sam osobnik zjawił się w innym łódzkim antykwariacie. Przyniósł ten sam talerz, którego nie udało mu się sprzedać w pierwszym antykwariacie.

– Dlaczego?

– Właściciel zażądał danych osobowych „kupca” i ten po prostu się oddalił. Antykwariusz natychmiast zgłosił sprawę policji, lecz nieznajomy zdążył już zabrać ze sobą ów talerz. Notka o tym fakcie trafiła nawet do lokalnej prasy, w związku z czym pierwszy antykwariusz podzielił się z policją opowieścią o tajemniczym „kupcu”. Minęły miesiące i sprawa przyschła. Policja zakończyła dochodzenie. A łódzcy antykwariusze nie potrafili nic więcej powiedzieć o srebrnym talerzu. Wyobraźcie sobie, że dosłownie kilka dni temu „kupiec” odezwał się ponownie. Spróbował szczęścia po raz trzeci, zgodnie z powiedzeniem „do trzech razy sztuka”. Tym razem w centrum Piotrkowa Trybunalskiego, w małym antykwariacie na tyłach galerii. Proponował sumę tysiąca pięciuset złotych. Nagle wywiązała się szamotanina, w wyniku której „kupiec” uciekł, zabrawszy talerz.

Profesor wskazał cygarem akta tkwiące w teczce.

– Tutaj znajdziecie, kolego, wycinki prasowe, relacje świadków, a nawet rysopis tego człowieka.

– Czy pan profesor ma może znajomości w policji? – popatrzyłem na niego uważnie.

– Znam kogoś, kto tam pracuje.

– No dobrze, ale skąd przypuszczenie, że któryś z pracowników Agencji jest zamieszany w sprzedaż tego przedmiotu?

– To też znajdziecie w teczce – westchnął i otarł pot z czoła.

W końcu nie wytrzymał i zapalił cygaro. Przez chwilkę delektował się dymem i robił to w sposób jak najbardziej wyszukany. Wydostające się z jego gardła siwe chmury dymu brutalnie przeganiał głośno pracujący wentylator.

– Słuchajcie dalej, kolego Dorecki. W czasie szamotaniny w piotrkowskim antykwariacie, „kupcowi” wyleciały z rozerwanej kieszonki koszuli drobne przedmioty: papierosy „Sobieski” i kartka z numerem kontaktowym Agencji Rozwoju Rolnictwa w Bykach. Szkoda, że nie trzymał tam dowodu osobistego. Niestety, jego rysopis podany przez antykwariuszy nie pasuje do nikogo z ARR.

Profesor zrobił pauzę. Nabrał w usta dymu i wypuścił go wolno.

– Rozmawiałem wczoraj wieczorem z miejscowym komendantem – opowiadał dalej. – Nie ma nic przeciwko waszemu udziałowi w tej sprawie. Policja nie ma środków i czasu na badanie wątpliwych przestępstw. W końcu nikt nie ucierpiał, a talerz z Bafometem mógł być znaleziony przez „kupca” przypadkowo. Szkoda jednak tej sprawy. Pomyślałem, że to wakacyjne zadanie detektywistyczne dla was, kolego Dorecki.

– Nie mamy pewności, że któryś z pracowników Agencji jest zamieszany w tę sprawę – wątpiłem w sens mojego wyjazdu. – Ten „kupiec” mógł być ich niedoszłym klientem, który zapisał sobie numer na kartce. Może mieszka w Piotrkowie albo Tomaszowie Mazowieckim. A jeśli w Łodzi? Jak go wtedy znajdę?

– Wyobraźcie sobie, że ów dziewiętnastowieczny zamek miał zostać sprzedany! – zabłysły oczy profesora. – W XIX wieku! Występujący w dokumentach nabywca nazywał się Adolf Rautinger...

– Kto to taki? – niecierpliwiłem się.

– Niewiele o nim wiemy. To fakt. Wprawdzie do sprzedaży zamku nie doszło, ale z pewnością zainteresuje was jedna jedyna wzmianka figurująca w dawnych dokumentach powiatowych, której kopię przysłał mi z samego rana z łódzkiego archiwum inny mój kolega. Otwórzcie teczkę i przeczytajcie. Jest na samym wierzchu.

Zaintrygowany sięgnąłem po teczkę i wyjąłem z niej świstek papieru z fotokopią nadesłaną faksem.

Jej treść była następująca:


Hr. Adolf Rautinger, nie dopełniwszy formalności, zrezygnował z kupna zamku oraz przyległych doń terenów. Po dwóch miesiącach hr. Rautinger zmarł w Piotrkowie. Było to 24 czerwca, a jego dokumentacja zaginęła. W dwa dni potem znikło także jego ciało z kostnicy. Zachował się po nim srebrny emblemat z dziwnym symbolem przypominającym rogatego kozła z gwiazdą pięcioramienną na czole, podobno bożkiem templariuszy. W ostatnich dniach przed śmiercią widziano hrabiego w towarzystwie pewnej damy, do której przysłano list nadany przez Amerykanina, niejakiego Phileasa Waldera. Ów list długo czekał na cudzoziemkę w hotelu, w którym się zatrzymała. Odebrała go po dwóch tygodniach i znikła, nie udzieliwszy policji żadnych wyjaśnień.


–  Ciekawe – mruknąłem. – Rogaty kozioł to ten Bafomet?

– Też tak myślę – kiwnął głową profesor. – Nie tylko wzmianka o koźle jest interesująca. Dzień 24 czerwca to przecież święto Jana Chrzciciela. Nie tylko, kolego Dorecki! Słuchajcie mnie uważnie. Dzień Świętego Jana to jednocześnie dzień powstania Wielkiej Loży Londynu. Powołali ją w 1717 roku dwaj protestanccy pastorowie: Jean Theophile Desaguliers i James Anderson. Ale to nie koniec. 24 czerwca 1751 roku niejaki baron von Hund stworzył w Kittlitz Lożę Trzech Filarów i powołał też do życia Bractwo Świętego Jana Chrzciciela, które od 1764 roku używało nazwy „Ścisła Obserwa”. Niemieckie loże miały zazwyczaj powiązania z towarzystwami różokrzyżowców. To była jednak niemiecka struktura i dlatego w 1804 roku powstała inna, „szkocka” organizacja pod nazwą „Stary i Uznany Ryt Szkocki”, popularny właśnie w USA, a później występujący pod nazwą „Zreformowanego Palladium”. A stąd krok do amerykańskich masonów czczących Bafometa. Nazwisko Phileasa Waldera znalazłem, wyobraźcie sobie, w starej, amerykańskiej książce. Był on prawą ręką Alberta Pike'a, redaktorem „New York Tribune”, gazety powiązanej z amerykańskimi masonami rytów szkockich oraz z iluminatami.

Nie za wiele wówczas rozumiałem z tych wyjaśnień. Profesor Wieczorkiewicz był, o czym nie miałem pojęcia, znawcą w dziedzinie tajnych stowarzyszeń i lóż wolnomularskich. A to dobre sobie! Ten człowiek ukrywał przed światem swoją pasję i to właśnie ja stałem się powiernikiem jego tajemnicy.

Jedno też nie ulegało wątpliwości – zamek w Bykach był w jakiś tajemniczy sposób powiązany poprzez symbol Bafometa nie tylko z ostatnimi wydarzeniami w antykwariatach, ale również z dziewiętnastowieczną redakcją „New York Tribune” i być może z Albertem Pike'm, największym ponoć masonem XIX wieku. Raczej nie mogło być mowy o przypadku.

– Teraz mnie rozumiecie, kolego? – głos profesora przerwał moje myśli. – W tej sytuacji musimy założyć, że srebrny talerz z Bafometem jest połączony z dziewiętnastowieczną historią bykowskiego zamku, z osobą tajemniczego hrabiego Rautingera i amerykańskimi masonami. Czyż to nie jest wspaniały początek wakacyjnej przygody i zapowiedź pasjonującego detektywistycznego śledztwa? A nos mi podpowiada, że za tym kryje się jakaś niesamowita historia. Podejrzewam, iż któryś z pracowników ARR wpadł na tajemną skrytkę. Gdzieś w zamku albo w jego najbliższym otoczeniu. Niewykluczone, że w samym mieście. Mógłby kolega powęszyć tam trochę w ramach tego nieszczęsnego egzaminu. To jak?

Zgodziłem się. Nie miałem wyjścia. Ale, między Bogiem a prawdą,  to ta sprawa zaczęła mnie powoli wciągać. Już wtedy nabrałem przekonania, że warto, gdy przeczytałem notkę z dokumentów dawnego powiatu. Powiało niesamowitą tajemnicą. Profesor Wieczorkiewicz zaraził mnie swoją pasJĄ. Niestety, on musiał wyjechać za granicę i tylko ja mogłem sprawdzić ów ciekawy trop. Coś było w tej historii magicznego, że zgodziłem się bez specjalnego nacisku.

Zabawa w detektywa za egzamin. Ale za to jaki – ze statystyki!



POWRÓT DO OPISU   BOŻEK TEMPLARIUSZY