fragment powieści

 
 

Fragment opowiadania Brooklyn crime story (Zbrodnia prawie doskonała)


Jesienią brooklyńska ulica płakała na brązowo.

To pewnie była zasługa tych ponurych budynków z piaskowca. Wszystkie kolory hałaśliwej ulicy kumulowały się za dnia w posępny brąz i Raymond nie umiał wyjaśnić, skąd się to brało. Kiedy deszcz przestawał padać i ulica szarzała, dla niego wciąż pozostawała brązowa.

Co tam kolory!

Porucznik Raymond Plaski miał dzisiaj wolne, a musiał jechać do Brooklyn Heights, bowiem koledzy z posterunku zawiadomili go o nowej robocie. Szaleniec poderżnął gardło księdzu w kinie podczas projekcji „Spidermana”. Ofiarą był katolicki kapłan, Stanisław Mazur – Polak z pochodzenia, od urodzenia mieszkający na Greenpoincie. Emigrancka rodzina, jakich pełno na Brooklynie. Zresztą w żyłach porucznika także płynęła słowiańska krew. Jego dziadkowie wyemigrowali z Polski po I wojnie światowej. Miał polskie nazwisko. Jego dawny partner, Mulligan – nowojorczyk irlandzkiego pochodzenia, a do tego zagorzały republikanin – wciąż się z niego nabijał.

Wołał:

– Te, Pułaski!

Raymond cierpliwie poprawiał:

– Nie Pułaski, a Plaski, poruczniku Hooligan.

Miał pecha ten księżulo, nie ma co. A może to cholerne przeznaczenie, jak zwykł przypuszczać w tonie refleksyjnym Mulligan? Zresztą, dla nieboszczyka bez różnicy.

Raymond postawił kołnierz płaszcza i pociągnął kilka razy nosem. Znowu brała go grypa.

Brakowało mu sarkastycznych uwag Mulligana. Pozwalały znieść każdy paskudny dzień na Brooklynie. Ciekawe, co Bandyta teraz robił? Taką właśnie ksywkę nosił dawny partner. Kończył wczorajszą butelkę czy zaczynał dzień od nowej? Po aferze z zastrzeleniem wpływowego gangstera Bandytę zdegradowano i przeniesiono do 94-ego. Ktoś powiedział, że wciąż tęgo pije. Podobno patrolował Greenpoint, dzielnicę, którą zawsze uważał za parszywą. Wychował się w okolicach Fulton Ferry, przy moście brooklyńskim, więc „przeprowadzkę” uważał za nieszczęsne fatum.

W kinie jak to w kinie, podczas projekcji było ciemno. Morderca siedział cierpliwie tuż za ofiarą i czekał na dogodny moment, aż wreszcie stanął za duchownym i wprawnym ruchem noża przeciął mu gardło. Nie wymagało to wielkiej siły. Liczyła się szybkość i precyzja. W tym czasie widzowie gapili się na szeroki ekran, a nowoczesny dźwięk systemu Dolby Digital skutecznie zagłuszał wszelkie odgłosy. Może gdyby ksiądz był krótkowidzem i usiadł bliżej ekranu, wśród innych widzów, obejrzałby film do końca?

Na miejscu zjawił się już koroner. Zanim zabrano ofiarę, Raymond obejrzał upiorną, jakby zastygłą w walce z szatanem, twarz księdza. Leżał on między rzędami foteli w wielkiej kałuży krwi. Wskazówki roztrzaskanego zegarka zatrzymały się na dwunastej szesnaście. Dziewięć minut przed końcem seansu.

– Brak innych śladów – klepał rutynowo sierżant.

– Nie licząc krwi i mokrej plamy w spodniach – dodał koroner. – Księżulek zdążył się jeszcze zesrać.

– Też byś się zesrał – zauważył sierżant O'Neil.

– Aha... Załatwiono go niedawno. Jest jeszcze ciepły. Brak stężenia pośmiertnego. Morderca nie zdążył pewnie umyć rąk.

– Jak to dobrze, że nie chodzę do kina – zamruczał Raymond.

Podeszli do fotela w przedostatnim rzędzie, który zajmował ksiądz Mazur. Dwóch techników pstrykało zdjęcia. Pobrano próbki krwi, zabezpieczano ślady i kończono szkic miejsca zbrodni.

– Co o tym sądzisz? – zapytał koroner.

– Lipa z tym Spidermanem – odpowiedział. – Latał na pajęczej nici nad Manhattanem i nie przeszkodził mordercy.

– Też tak uważam.

– Może nie lubi Brooklynu?

– Kto go tam wie.

Podszedł do nich sierżant w towarzystwie właściciela kina, o twarzy bladej jak tyłek niemowlaka. Na tym kończyło się podobieństwo do dziecka. Wąskie usta upodabniały go do drapieżnej ryby.

– Morderca był wśród dwunastu widzów – mówił rzeczowo, choć załamującym się głosem. – Tak, dwunastu. Tyle sprzedałem biletów na ten seans.

– Ile macie sal projekcyjnych?

– Dwie.

– To trzeba dodać jeszcze tamtych. Morderca mógł przyjść z drugiej sali.

– Dobrze, sprawdzę.

– Zaraz, a kto sprzedawał bilety?

– Maggie, długoletnia pracownica.

– Nie widziała nikogo podejrzanego? – zapytał sierżant. – Nie przyglądała się kupującym?

– Chodzi o to, czy ktoś szczególnie nie rzucił się w oczy – dorzucił Raymond.

Nadzieja na szybkie odnalezienie tropu gasła w nim jak wypalony kaganek.

Właściciel kina odszedł z sierżantem. Plaski przez chwilę oglądał miejsce zbrodni, potem przekroczył rząd. Znalazł się blisko fotela, który zajmował morderca. Musiał uważać, aby nie wejść w krzepnącą kałużę krwi.

– Ślady zabezpieczone – oświadczył techniczny.

Raymond wytarł chustką zroszone czoło. Pocił się i drapało go w gardle. Przeklęta grypa! Dopadała go zawsze jesienią. Wtedy widział Brooklyn w brązach. I jeszcze ten cholerny katar!

Szukał śladów na tylnej części fotela księdza. Pochylił się, sapiąc ciężko. Był solidnym gliną, musiał odbębnić rytuał oględzin. Gdy tego nie zrobił, nie mógł w nocy spać. Świadomość, że czegoś nie sprawdził, męczyła go jak kac. To cecha dobrego gliniarza. Ceniona. Szefowie mawiają – solidny gość. Z kolei psychoanalityk twierdzi inaczej – nerwica natręctw.

Nie znalazł nic prócz rozsypanych kuleczek popcornu. Część z nich była rozdeptana, kilka innych nurzało się we krwi. Muszą przepytać sprzedawcę, kto kupował popcorn. Pewnie wszyscy.

Morderca najpierw sobie podjadł, dopiero potem wykończył ofiarę. Musiał mieć stalowe nerwy. I wielki apetyt. Chyba że ktoś z porannego seansu rozsypał to świństwo.

Kazał pobrać próbki popcornu i umówił się z O'Neilem, że odwiedzą parafię księdza Mazura.

Była pora lunchu.


[...] 

Siedział w biurze do późna. Słońce już dawno zaszło nad Manhattanem. Jesienną, gęstą ciemność rozpraszało światło ulicznych latarń i migotliwych neonów. Było wilgotno i nieprzyjemnie.
   Raymond przeglądał akta. Dwie ofiary zabito w ten sam sposób w odstępie trzech tygodni. Morderca był praworęczny. Intuicja podpowiadała, że mają do czynienia z „seryjnym”. Oficjalne stanowisko można jednak ogłosić dopiero, gdy pojawi się trzecia ofiara. Jak przypuszczał, zbrodnia mogła zostać popełniona w ciągu dwóch tygodni. Zawsze tak było – morderca w transie zabijał coraz szybciej.
   Kasjerka i sprzedawca popcornu z kina w Brooklyn Heights nie zapamiętali nikogo podejrzanego. Nie mieli zatem nic.
   Na biurku Raymonda leżały też akta Donovana, zdjęcia i plan sytuacyjny kina w Slope Park. Zastanawiające, że obie ofiary były orientacji homoseksualnej. Czy się znali? Właśnie to sprawdzano. Zmarłych łączył też Greenpoint. No i brzytwa. Sierżant O'Neil przeglądał bazę danych w poszukiwaniu podejrzanych o morderstwo homoseksualistów. Grzebał w Automatycznym Systemie Identyfikacji z milionami odcisków palców, Raymond zaś badał powiązania między Donovanem a księdzem Mazurem. Szukał też niejakiego Stanisławskiego. Ale na pierwsze sukcesy należało jeszcze poczekać.
   Było już strasznie późno.
– Idę – westchnął O'Neil. – Dupa mnie już boli. Czemu nie kupią nam miękkich foteli?
– Bo wtedy nie ruszyłbyś z tej rudery swojego irlandzkiego tyłka. I kto by węszył w terenie?
– Nie idziesz?
– Zaraz.
Wychodził o wpół do ósmej. Na schodach zaczepił go komendant Pruneda, niski, łysiejący facet o przenikliwych oczach i zatroskanej twarzy.
– Co z tymi pedałami? – rzucił niedbale. – Masz coś?
– Za wcześnie – ziewnął.
– Byłeś w mieszkaniu tego fotografa? Pogadaj z sąsiadami.
– Jutro pojadę. Dzień za krótki.
   Pruneda, wyraźnie niezadowolony, zniknął w korytarzu. Irytowała go beztroska Raymonda. Nie lubił, gdy w jego obwodzie ginęły dzieci, kobiety lub cioty. Żaden komendant na Brooklynie, a pewno i w całym Nowym Jorku, nie chciał wystawiać się na ostrzał opinii publicznej.
   Raymond ruszył do domu, ale zmienił decyzję. Pojechał do mieszkania fotografa, bo nie chciał rano nadziać się na obrażonego Prunedę. Komendant wygłosi namiętną pogadankę o pedałach i lesbijkach, o tym, że są oczkiem w głowie nowoczesnego, demokratycznego społeczeństwa, więc policja powinna chronić ich w sposób szczególnie troskliwy. Szef wciąż mu to przypominał, jakby nie było innych zmartwień na tym świecie, choć prywatnie miał o zboczeńcach inne zdanie.
   W tej kwestii Pruneda był absolutnym podobieństwem Mulligana. Bandyta nie cierpiał zboczeńców i nie krył się z tym. Bardziej od homoseksualistów nienawidził tylko polityków. I to zasadniczo różniło go od komendanta.
   Patrick Donovan mieszkał w niskiej kamienicy przy niewielkim skwerze. W Slope Park mniej było „pieprzonych Polaczków”, makaroniarzy i Ruskich. To dzielnica Yuppies. Rezydencje mieli tu też pisarze i prawnicy. A gdzie intelektualiści, tam pełno pedałów i innych „postępowców”. Kamienica Donovana należała do gorszych w rejonie, ale i tak fotografowi mieszkało się nieźle.
   Raymond chciał pogadać z sąsiadami. Klucz mógł dostać u gospodarza domu.
   Przed drzwiami mieszkania zamarł. Żółta policyjna taśma, założona przez ekipę dochodzeniową, została zerwana. Czyżby tutejsi gliniarze? Dziwne, bardzo dziwne. Policjant zabezpieczyłby ponownie drzwi. Korytarz był pusty. Cisza, jedynie z piętra dobiegało szczekanie małego psa.
   Nałożył gumowe rękawiczki, rozpiął płaszcz i marynarkę, by mieć lepszy dostęp do broni. Tkwiła w przypiętej do paska skórzanej kaburze. Nacisnął klamkę i drzwi ustąpiły. To nie policja, pomyślał. Wśliznął się jak szczur do ciemnego apartamentu. Poczuł woń mebli i wyraźny smród odczynników chemicznych. Pewnie wywoływacz.
   I jeszcze coś. Zapach śmierci, pomyślał głupio, choć pachniało kiepską wodą kolońską.




POWRÓT DO OPISU   ➤ WYDANIE I   WYDANIE II